E-migrantka – czyli czemu rezygnuję na jakiś czas z Facebooka

„Ale czemu uciekasz z fejsbuka?” – to pytanie ostatnio padało dość często. Nie rezygnuję z komputera, z komórki, wciąż można do mnie zadzwonić czy napisać maila. Jednak odzywa się we mnie nowa część mnie: facebookowa e-migrantka.

Sam termin zapożyczyłam z fascynującej książki „E-migranci” Susan Maushart. Jej autorka na pół roku zrezygnowała z wielu elektronicznych urządzeń. Nie wiem, czy potrafiłabym być w swoich działaniach na tyle radykalna, by zrezygnować absolutnie ze wszystkiego, włącznie z… lodówką. Niemniej – zainspirowana jej historią postanowiłam, że kiedyś spróbuję nieco zmniejszyć swoje zaangażowanie w sieci.

Co z człowiekiem robi „fejsik”

Dopóki nie zainstalowałam Facebooka i Messengera na komórce było nawet nieźle. Przesiadywałam na FB, jednak zamknięcie komputera oznaczało odcięcie się od mediów społecznościowych. Zmieniło się to z zakupem nowego telefonu, na którym mogłam za jednym dotknięciem wejść w świat Zuckerberga (i nie tylko). A co z tego wynikło?

  • zaczęłam coraz częściej zaglądać, czy nie ma przypadkiem powiadomień (od pewnego momentu średnio co 5 minut)
  • przykleiłam się do Messengera jako jednej z ważniejszych form komunikacji (po co dzwonić, lepiej napisać)
  • w chwilach bezsenności zamiast poczytać książkę oglądałam filmiki na fb
  • zaczęłam się angażować W Bardzo Ważne Spory O Wadze Życia i Śmierci toczone na fb

Te objawy zdarzają się wielu osobom i da się nad tym jakoś zapanować. Gorzej jednak, gdy…

  • Widzi się wszystkie zdjęcia z wakacji, urlopów i marzy się o wyjeździe, o odpoczynku, a szuka się pracy
  • Pływa się w informacjach pt. „ślub”, „wesele”, „zaręczyny”, „udany związek”, „pierwsze dziecko”, „kolejne dziecko”, samemu marząc o tym, by wreszcie poczuć się na tyle stabilnie w życiu, by zacząć się z kimś spotykać
  • kiedy znajomi zaczynają dochodzić do wniosku, że na fejsbuku możesz być zawsze i wszędzie i zaczynają Cię wręcz strofować gdy nie masz czasu, by odpisać AKURAT wtedy, gdy oni przesiadują i piszą
  • Kiedy pisze się otwarcie o tym, że jest się w kiepskiej kondycji i przekaz ten trafia w próżnię, co najwyżej popartą kilkoma słowami w wiadomości prywatnej…
  • … kiedy nagle zauważa się, że wśród znajomych ma się prawie 1200 osób, ale ostatecznie jest się samemu ze wszystkim.

Troszkę wyolbrzymiam, ale tylko troszkę. Internet daje namiastkę relacji, jednak bardzo płytkich. Ostatnio zdałam sobie sprawę z tego, że wiele z prowadzonych przeze mnie rozmów, wiele spotkań w sieci to tak naprawdę zapychacze. Wiele dyskusji nie jest wartych mojego zainteresowania, a nawet jeśli – powinny być toczone w gronie ŻYWYCH ludzi, a nie przez fb. Nie mówiąc już o tych rozmowach dla mnie najważniejszych.

Wspieranie na odległość

Wspaniale jest dowiedzieć się, że ktoś się martwi. Zupełnie jednak inaczej jest spotkać się z drugim człowiekiem sam na sam. Być obok. Odczuć jego troskę. Internet daje wspaniałe namiastki, ale dla mnie to za mało.

Wchodząc na FB ostatnio nie widziałam tych 1200 osób, z których 90% miałam okazję poznać osobiście. Widziałam przesuwające się awatary ludzi, z którymi nie mam kontaktu na co dzień. Widziałam, jak angażują się w jakieś super ważne spory pt. co było pierwsze, kura czy jajko. I zastanawiałam się jak to jest, że znajdują tyle czasu na pisanie o rzeczach, które w obliczu choroby zupełnie tracą na znaczeniu.

(Jeśli zastanawiasz się, co się u mnie dzieje, to polecam ten wpis: Kiedy życie zwalnia)

Ludzie, którzy mogli do mnie wyciągnąć dłoń, ale tego nie zrobili. Zbyt zajęci światem wirtualnym.

Albo ludzie, którzy spędzają tylko chwilę w mediach społecznościowych, a wychodząc z nich zatapiają się we własnym życiu, czasem tylko dzieląc się z szerszą publiką jego namiastkami.

Długo karmiłam się tym, co widziałam i rozpaczałam, że choroba nie pozwala mi żyć jak inni. Teraz, gdy depresja powoli wycofuje się, a ja mam coraz więcej sił, chcę zacząć na nowo. Chcę nauczyć się żyć. Chcę zmierzyć się z lękiem, który mi teraz towarzyszy ze względu na obecny stan zdrowia.

Do tego potrzeba zaangażowania. Do tego potrzeba głębokich rozmów (albo maili), spotkań z realnym człowiekiem a nie kilku słów wyrwanych od kogoś między pisaniem postów. Do tego potrzeba również odcięcia się.

Mam coraz więcej sił i jestem w stanie już budować relacje w świecie „rzeczywistym”. Facebook z okna na świat stał się fatamorganą, ułudą bycia wśród ludzi. Kiedyś – potrzebną do tego, bym była w jakichkolwiek relacjach. Dziś? Pożeraczem czasu, wręcz – kulą u nogi w chwili, gdy chcę zacząć biec.

E-migrantka co najmniej do Wielkanocy

E-migrantka na e-migracji. To ja. E-migrantka tylko częściowa, w końcu mam zamiar czasem oglądać seriale na Netflixie, blogować, pisać maile. Jednocześnie jednak w jakimś stopniu e-migrantka – osoba, która wycofuje się z mediów społecznościowych, ucieka od świata sypiących się lajków by zacząć żyć.

Moja „ucieczka” ma również wymiar duchowy, ale to temat na innego bloga. Na tym, na razie pokrótce, polecam narzędzie które – jeśli będziecie chcieli z niego skorzystać – może Wam pomóc w dostrzeżeniu, jak wiele czasu spędzacie w mediach społecznościowych i zastanowić się, czy naprawdę warto: Rescue Time. Zapewne w najbliższym czasie napiszę o nim coś więcej…

W końcu, jako e-migrantka, będę miała teraz więcej czasu na to, co dla mnie jest rzeczywiście ważne… 🙂

Podaj dalej!Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on LinkedInShare on Google+Pin on PinterestShare on TumblrPrint this pageEmail this to someone